Jakub Przygoński wspomina Paulo Goncalvesa. "Był ostatnim Mohikaninem"

- Celem jest danie z siebie wszystkiego - mówił w swoim ostatnim wywiadzie Paulo Goncalves, który w piątek w Rajdzie Dakar musiał wymienić silnik i spadł na 46. miejsce w "generalce". W niedzielę Portugalczyk zginął na trasie Dakaru. Przed laty wspólnie z nim rywalizował Jakub Przygoński.

Paulo Goncalves, podobnie jak i Jakub Przygoński, to tzw. Legendy Dakaru, czyli zawodnicy mający na swoim koncie co najmniej dziesięć występów w tej imprezie. Dla Portugalczyka tegoroczny rajd był trzynastym. Mimo 40 lat, potrafił prezentować niezłe tempo i meldował się regularnie w czołowej dziesiątce.

Jednak w ubiegły piątek Goncalvesa dopadły problemy techniczne. Musiał zmienić silnik w swoim motocyklu, przez stracił sporo czasu i spadł w "generalce" na 46. miejsce. - Teraz celem jest danie z siebie wszystkiego, ponieważ nie ma już sposobu, abym uzyskał dobry wynik. Postaram się o dobry wynik w każdym kolejnym etapie aż do końca rajdu - powiedział w swoim ostatnim wywiadzie motocyklista z Portugalii.

Niestety, niedzielny etap okazał się ostatnim dla Paulo Goncalvesa. Portugalczyk miał wypadek i lekarzom nie udało się uratować jego życia.

- Straszna tragedia. Znałem się dobrze z Paulo. To był ostatni zawodnik, z którym się ścigałem na motocyklach. Był ostatnim Mohikaninem. Reszta zawodników przesiadła się już do samochodów albo zakończyła karierę, a Paulo nadal cisnął na motocyklu. Dramat - powiedział na mecie siódmego etapu Jakub Przygoński z ORLEN Team.

Przygoński i Goncalves zaczęli podbijać Dakar w tym samym okresie. Polak zadebiutował w najtrudniejszym rajdzie świata w roku 2009, Goncalves nieco wcześniej - 2006. Dzieliło ich sześć lat, ale potrafili znaleźć wspólny język.

Goncalves na swoim krajowym podwórku nie miał sobie równych. Zdobył trzynaście tytułów mistrza Portugalii w motocrossie, miał też na swoim koncie tytuł mistrza świata. Mimo ogromnego doświadczenia, ani myślał przesiadać się do samochodu czy rezygnować z Dakaru. Podejmował się kolejnych prób. Mimo że kilkukrotnie nie kończył rajdu z powodu urazów czy awarii.

- Kontuzje nie straszą. Bo jak się czegoś nabawimy, to od razu się myśli jak długo ten uraz będzie leczony i kiedy się wróci do sportu. Niestety, takie poważne wypadki śmiertelne zostają w głowie i to się zapisuje w pamięci. Zwłaszcza że z Paulo dobrze się znaliśmy - skomentował Przygoński.

Kierowca ORLEN Team sam przeżył kilka trudnych sytuacji w swojej dakarowej przygodzie. Miały one wpływ na to, że po kilku latach porzucił motocykl na rzecz samochodu. - W roku 2014 miałem ekstremalnie trudną sytuację, bo przede mną wywrócił się zawodnik z Anglii, który niestety miał poważny wypadek. Reanimowałem go, a on następnie zmarł. Nie miałem cięższej sytuacji w życiu. Niestety, trzeba trzymać kciuki, aby takich wypadków było jak najmniej - dodał Przygoński.

Ryzyko jest wpisane w Dakar. Goncalves jest kolejną ofiarą tego rajdu, ale za pewno nie ostatnią. W trudnym i nieznanym terenie bardzo łatwo o błąd, który może zakończyć się fatalnie. Przygoński ma tego świadomość.

- Po tamtym zdarzeniu z 2014 roku wystartowałem następnego dnia. To pewnie był błąd, bo ja później też miałem poważny wypadek i złamałem kręgosłup. Czy coś wtedy zostało w głowie? Nie, może po prostu zbieg okoliczności. To też były wydmy, słońce źle padało i nic nie było widać. Wtedy w trakcie rehabilitacji po tym wypadku miałem w głowie, że wrócę na Dakar, ale wsiądę już do samochodu - podsumował kierowca ORLEN Team.

Goncalves w roku 2015 był bliski zwycięstwa w Dakarze. Ukończył rajd na drugim miejscu. Jak się okazało, był to jego najlepszy wynik w karierze. W tej samej edycji Przygoński po raz ostatni wystartował na motocyklu. Być może za rok, dwa Goncalves również przesiadłby się do czterech "kółek", znów zmierzył się z Przygońskim. Tego jednak już się nie dowiemy…

Wyłącz Adblocka, aby w pełni cieszyć się zawartością tej strony.